Czasy nastały takie, że fałszuje się obecnie wszystko. Od pieniędzy, po świadectwa ukończenia różnych szkół i kursów, dyplomy wyższych uczelni, paszporty.
Od zaświadczeń o zarobkach dla wyłudzenia kredytu, po karty płatnicze dzięki którym internetowe sklepy z dobrem wszelakim stają otworem. Zasada jest niezmienna – prawdziwy fałszerz, profesjonalista swojego dzieła nie będzie sprzedawał osobiście. On pozostaje w cieniu. Dlatego bardzo rzadko udaje się dotrzeć do bezpośrednich producentów różnego rodzaju fałszywek.
Wpadają na ogół płotki, dystrybutorzy, albo ludzie raczkujący w fałszerskim fachu, którym pierwsze powodzenie zawróciło w głowie. W ciągu ostanich kilku tygodni w Małopolsce ujawniono wytwórnię fałszywych dokumentów w Bochni, podobną w okolicach Mszany, fałszywe pieniądze w Tarnowie i Nowym Sączu, oraz kilka innych pomniejszych wytwórni. Skoro działają, znaczy, że jest zbyt na ich wyroby. Co więcej, przybywa fałszerskich specjalności.
- Mało kto bierze się dzisiaj za fałszowanie pieniędzy. Można je porzecież zarobić w zupełnie inny sposób – mówią policjanci. Mają rację.
Zmarli sprzedają
- Z dokumentami, które były sfałszowane zetknąłem się wielokrotnie – opowiada jeden z funkcjonariuszy Wydziału do Zwalczania Przestępczości Gospodarczej KWP w Krakowie.. – Prowadziłem m.in. głośną sprawę krakowskich kamienic. Sfałszowane dokumenty dotyczył głównie dawnych ich właścicieli. Owe fałszywki, akty notarialne, pochodziły z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Dotyczyły one sprzedaży lub darowizny budynku lub jego części i zwykle własności obywateli pochodzenia żydowskiego, którzy już w momencie sporządzania owego aktu, nie żyli. Zginęli w obozach lub zostali rozstrzelani.
Owe akty notarialne były przedstawiane tutaj w Krakowie. Kamienice były sprzedawane, pojawiali się nowi właściciele i tym sposobem zacierane były ślady oszustwa. Najdziwniejsze, że taka duża sprawa dotycząca kilkunastu krakowskich kamienic, które w ten właśnie sposób zyskały nowych właścicieli prowadzona była już w latach pięćdziesiątych! Zapadły wyroki skazujące dla kilkunastu osób zamieszanych w ten proceder.
Opinie grafologiczne z tamtego okresu potwierdziły, że akty notarialne były sfałszowane, ale orzeczenie sądu nie znalazło żadnego odzwierciedlenia w księgach wieczystych. Pozostał taki stan jaki powstał po fałszerstwie. Mało tego miałem jedną sprawę za wyjaśnieniem której jeździłem po całej Polsce Południowej. Przegrzebałem archiwa m.in. z Dąbrowy Tarnowskiej i po wielu, wielu zabiegach okazało się, że drugi raz rozpracowywałem tę samą sprawę, której akta są w Sądzie Najwyższym od lat pięćdziesiątych.
Mało, tego, zarzut przedstawiono temu samemu człowiekowi, który ową żonglerkę papierami przeprowadził w latach pięćdziesiątych. Dzisiaj ma ponad 80 lat i praktycznie nic mu nie można zrobić. Twierdzi, że zgłosił się do niego jeden z krakowskich biznesmenów, który ustalił na podstawie ksiąg wieczystych stan posiadania. Część kamienicy wartą 7 mld starych złotych odkupił za miliard. Sam pan widzi jak długi żywot miewa czasem fałszerstwo – mówi funkcjonariusz – i jak skomplikowane bywa dochodzenia do prawdy. To wielopiętrowe, wielowątkowe fałszerstwa, w które zaangażowane są zorganizowane grupy,specjalistów”, i znane kancelarie adwokackie, i osoby spoza naszego kraju.
Jak w banku
Wdzięcznym polem do działalności fałszerzy i oszustów są także banki. Ten rodzaj fałszerstw wymaga jednak odpowiedniej wiedzy, znajomości bankowych realiów czyli na ogół tzw. ,wtyki” w bankowych strukturach.
- Prowadziłem taką sprawę. Pracownica pewnego krakowskiego banku współpracowała z organizatorami fałszerstwa. wprowadzała do systemu bankowego niezbędne dokumenty a po wyprowadzeniu pieniędzy dokumenty zostały usunięte.
Chodziło o obywatela polskiego, weterana wojennego, który po kilkudziesięciu latach wrócił do ojczyzny z Australii. Cały swój dorobek, 300 tys. dolarów, umieścił na lokacie terminowej. Pieniądze leżały i procentowały. Dzień po upływie terminu lokaty zjawił się w banku by sprawdzić stan swojego konta i odsetki. Usłyszał – sorry, pan przecież nie ma żadnych pieniędzy! Okazało się, że kilkanaście dni wcześniej w banku złożone zostały pełnomocnictwo do dysponowania tymi pieniędzmi. Podrobiono jego podpis. Pełnomocnik otrzymał kartę pełnomocnictwa i parę dni przed upływem terminu lokaty zlecił przelanie pieniędzy na swoje konto. Pracownica banku, nie wtajemniczona w przekręt próbowała przekonać zleceniodawcę, by nie rezygnował z lokaty tydzień przed terminem, że straci sporo grosza. Usłyszała – mam do zrobenia interes życia. Chyba nie kłamał.
Wpadli, bo nie mogli wycofać tych dokumentów, na których człowiek zlecający przelew pieniędzy składał podpisy. Kto z nim współdziałał ustaliliśmy dzięki temu, że jego współpracownica kilkakrotnie sprawdzała stan konta ofiary. Nie wiedziała, że każdy taki wgląd jest rejestrowany poprzez identyfikator pracownika w systemie informatycznym. Cała grupa siedzi.
Nieco podobny przypadek dotyczył firmy. Tym razem pracownica banku , nawiasem mówiąc córka krakowskiego adwokata, dokonała przelewu z konta firmy na konto innej firmy, po czym pobrała wraz ze wspólnikami pieniądze i wyjechała za granicę. Gdy pieniądze, 5 miliardów starych złotych, się skończyły wróciła do kraju.
Artysta
- Prowadzę teraz sprawę pewnej krakowskiej firmy fonograficznej – mówi inny funkcjonariusz. – Bardzo ciekawą, także dotyczącą fałszerstwa. Pełnomocnik tej firmy, wspólnie z żoną zarejestrowany był w ZAIKS jako twórca.
Pomysł polegał na tym, że on zamawiał w tłoczni plyty kompaktowe i za to odprowadzał do ZAIKS-u tantiemy. Dogadał się jednak z dyrektorem handlowym tej tłoczni i na fakturach dotyczących płyt, tych, które zamawiał, dokonywano prostej zamiany tytułów. Zgadzały się ilości. Zamiast tytułów, za które miał odprowadzać tantiemy pojawiało się jego nazwisko. W wykazie dla ZAIKS nie było już rzeczywistych tytułów. ZAIKS- tantiemy musiał więc zwracać jemu, twórcy. W ciągu dwóch lat 5 miliardów starych złotych. Inna ,zamiana” polegała na całkowitym pominięciu znanych zespołów np. ,Budki Suflera”, które miały mieć tantiemy, i zamianie ich wykazach na twórców z tzw. stawką zerową. Są to nagrania kolęd itp. Na tym procederze narżnięto ZAIKS na 13 milionów złotych i to tylko na płytach CD. A są przecież jeszcze nagrania na kasetach. W tym przypadku jednak nic nie możemy zrobić. Brak dowodów.
Lewe karty
- Na trop tej sprawy wpadliśmy w czerwcu 1999 roku. Dwaj czarnoskórzy obywatele na terenie Krakowa i Warszawy na tzw. złote karty płatnicze Visa pobierają spore kwoty pieniądzy. Zawsze było to około 3 tys. dolarów. Złote karty dostają najbardziej wiarygodne dla banku osoby, na ogół z nieograniczonymi kontami. Takich kart się nie sprawdzało. Była karta, był obywatel, było konto. Okazało się wszystko fałszywe. Dzięki ścisłej współpracy z bankami udało się zatrzymać sprawców. Okazało się, że karty produkowane były w Kanadzie. Trafiały do nas pocztą kurierską w okładkach książek dla dzieci. Pobierali pieniądze z kont bankowych ale także firm, bowiem kupowali sobie najdroższe rzeczy, płacili za hotele itp. W sumie obliczyliśmy ich na 13 milionów nowych złotych.
- Sytuacja staje się poważna.W tej chwili w Polsce można bez najmniejszego problemu podrabiać karty płatnicze – mówi jeden z moich rozmówców. Urządzenia są w normalnej sprzedaży. Każdy obywatel może iść i kupić komplet tych urządzeń. Potem wejść do internetu, ściągnąć programy do wygenerowania numerów kart, wejść na internetowe strony z pornografią, które są płatne, i sprawdzić czy karta o tym numerze jest czynna. Za grosze. Jeśli jest czynna, mamy już potrzebny numer. Trzeba teraz zdobyć datę ważności karty. te iunfoirmacje zdobywa się zbierając w sklepach paragony, za zakupy z kartami płatniczymi albo osobiście albo przez sklepowego pracownika.
Nieoficjalnie wiemy, że staje się to drugą profesją. Na paragonie jest data jej ważności. I przy pomocy tej metody mogę w sklepach internetowych kupić prawie wszystko. Przysyłają mi towar do domu. Kto chce kupić towar w sklepie musi mieć kartę. Kto chce kupić w internecie musi mieć numer karty i datę jej ważności. Prowadzimy właśnie sprawę przeciwko krakowskiemu studentowi, który kupował w ten sposób w internecie. Oszuści dają sobie już radę z wywabieniem podpisu właściciela, co ważne jest w przypadku kart skradzionych.
Dokumenty i kompakty
- Już w 1996 roku u nas, na polskim rynku, najzupełniej legalnie, pojawiły się specjalistyczne nesesery pozwalające na sporządzenie dowolnego dokumentu, łącznie z suchymi pieczęciami. Teraz gdy są komputery, skanery, wystarczy oryginalny dokument, nie ksero, by przy przeciętnych umiejętnościach można otrzymać oryginalny blankiet. Można na niego wprowadzić potrzebny tekst, opatrzyć oryginalnie podrobioną pieczęcią i podpisem, zrobić ksero i papier gotowy. Można zrobić wszystko.
W Krakowie pojawili się ostatniom ludzie oferujący nanoszenie tamponów na zwykłe, nie nagrane płyty kompaktowe. W miejsce najtańszych, czystych kompaktów w cenie 1,20 – 2 zł za sztukę, ale zmieniających barwę po nagraniu pojawiły się takie, które nie zmieniają barwy po wypaleniu. Kosztują na rynku około 7 złotych. Gdy są z tamponem czyli tym obazkiem na wierzchu, fachowo zeskanowaną oryginalną okładką, nie sposób ich odróżnić od oryginału.
- Oszuści i fałszerze stosują coraz doskonalsze metody, korzystają ze zdobyczy techniki. My, na szczęście też nie jesteśmy bezradni. Ale są jeszcze starzy mistrzowie, pracujący tradycyjnymi metodami. Jeden z nich działa w Małopolsce. Wiemy o nim ale nigdy nie potrafiliśmy mu niczego udowodnić. Zanikające umiejętności. Sama fałszerska profesja ma się jednak coraz lepiej.
Autor artykułu: Konstanty MIGDAŁ