W związku z osiągnięciem przez piłkarzy Wisły dogodnej pozycji wyjściowej w rywalizacji o przyszłoroczny tytuł mistrza kraju, rozliczni komentatorzy szukają przyczyn przewag wiślaków. Jeden z analityków rozczulił mnie prostotą konstatacji. Daje w niej do zrozumienia, że skuteczna gra ,Białej Gwiazdy” to efekt porzucenia tak zwanej krakowskiej szkoły uprawiania futbolu! Konia z rzędem temu, który tak naprawdę wie, czym w istocie wyróżniała się in plus i in minus szkoła krakowska. Jest raczej zbiorem luźnych dywagacji publicystów najczęściej warszawskich, którzy na przestrzeni dziejów polskiego futbolu, ukuli ten termin. Ciekawe, że powoływany on był do istnienia medialnego zawsze wtedy, gdy ligowe ekipy krakowskie, czy Wisła, Cracovia, Hutnik, Garbarnia, czy Wawel (incydentalnie Tarnowia, Jutrzenka i Podgórze), przeżywały kryzys. Bredzono wówczas o anachronicznej taktyce, nadmiernej skłonności do gry kombinacyjnej na małej przestrzeni, indolencji strzeleckiej, niedostatecznej dynamice akcji zaczepnych. Jako antytezę takich przymiotów powoływano kategorie szkoły śląskiej, także warszawskiej, stanowiących wedle tego stereotypu uosobienie futbolu nowoczesnego.
Mizeria tej ,krakauerschule” brała się z grzechu pierworodnego piłki krakowskiej. Jej piłkarze i drużyny czasu heroicznego jako poddani monarchii austrowęgierskiej przyjmowali wzory metodyczne i taktyczno-taktyczne płynące z Wiednia, Pragi i Budapesztu. Tak im ten kierunek wszedł w krew, że po dziś dzień, trudno uwolnić się od historycznego nawyku. Prawda i nieprawda zarazemÉ Jest faktem, że futbol podwawelski długo pozierał na to, co z futbolówką wyczyniają gracze Rapidu, Vienny, Admiry, Sparty, Slavii, Ferencsvarosu czy MTK. Trudno było go za to atakować, ponieważ w tych klubach przez trzy dekady koncertowało się wszystko co najlepsze w światowej piłce.
Bez względu na to, jak i kiedy z biegiem lat, z biegiem dni ewoluowały światowe centra piłkarskie, czy mieściły się na Węgrzech, Anglii, Argentynie, w Niemczech, Holandii czy we Włoszech, krakowski zaścianek niezmiennie stawiał na priorytet techniki. Ten akcent dominował zawsze i jeśli już koniecznie chcemy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dziś Wisła przebija krajową konkurencję, to właśnie dbałością o techniczno-estetyczny wyraz gry. I chociaż raczej ustępuje warszawskiej Polonii ostrością gry defensywniej, Ruchowi i Górnikowi nieozdobną prostotą konstruowania działań ofensywnych, Legii i Widzewowi elementami walki i przymiotami motorycznymi, priorytet techniki zdaje się popłacać. Sprawa staje się mniej akademicka, gdy postawimy obok siebie Frankowskiego i Mięciela, a Bogdana Zająca przy KaliszanieÉ
Imperatyw bezwzględnego stawiania na technikę uzmysłowiły całej polskiej piłce cztery pojedynki pucharowe Wisły z ekipami zza Pirenejów. Zarówno Saragossa, jak i Porto ujawniły z całą mocą, że motorem i dźwignią postępu jest i będzie suma przyrostu umiejętności w zakresie indywidualnego panowania nad futbolówką! Jakiejkolwiek taktyki by nie przyjąć, i z żelazną konsekwencją ją realizować, zawsze o efektywności zadecyduje improwizacja w grze 1:1. A wielka improwizacja, to nie futbolowa wersja ,dziadów”, jeno umiejętność uwolnienia się od kryjącego przeciwnika za pomocą nieskończenie wszechstronnych gresów, tricków, zawodów, stanowiących clou technicznego wtajemniczenia. Kryjący pressingiem na 3/4 boiska Portugalczycy wiedzieli, że wiślakom nie starczy umiejętności do wygrywania pojedynków bezpośrednich, twarz w twarz. Mogli więc bez większego ryzyka grać literalnie kontaktowo, stosować flesze i wślizgi bez obawy. Tak więc nie brak ambicji, odwagi, czy szybkości postawił Wisłę w sytuacji pewnej porażki, ale właśnie luki w technice wyższej, europejskiej generacji. Nad jej doskonaleniem trudzić się musi Orest Lenczyk, jeśli chce w roku przyszłym zrobić parę sztychów w eliminacjach Ligi Mistrzów. Mówię Lenczyk, a wyzwanie dotyczy wszystkich polskich szkoleniowców, a także samych zawodników, ciągle za mało doceniających znaczenie ćwiczeń indywidualnych, samodoskonalenia. W tym kontekście uznawanie szkoły krakowskiej, preferującej nadmierną dbałość o artyzm, dochodzenie do mistrzostwa w sztuce opanowania piłki, za anachronizm, jest postulatem fałszywym. Podobnie jak traktowanie warszawskiej proweniencji prezesa SSA Wisła Bogdana Basałaja, jako zaczynu grzebania kanonów szkoły krakowskiejÉ
Autor artykułu: Ryszard Niemiec