W prestiżowym piłkarskim meczu pierwszoligowym mistrza z wicemistrzem Polski górą ten drugi! Wisła nadspodziewanie wysoko pokonała Polonię Warszawa 4:0 (0:0). Gole: Frankowski 48 karny i 79, Kosowski 65, Moskalewicz 69. Trener gości, Dariusz Wdowczyk miał wątpliwości co do zasadności podyktowania rzutu karnego. Z kolei Orest Lenczyk chwalił piłkarzy za waleczność.
W słoneczne niedzielne popołudnie walczono przy Reymonta nie tylko o cenne ligowe punkty. Także, a może nawet przede wszystkim, o prestiż – wszak wicemistrz Polski podejmował najlepszy rodzimy zespół ubiegłego sezonu, który jeszcze w drugiej połowie sierpnia miał aspiracje występowania w elitarnej Lidze Mistrzów. Poza tym Biała Gwiazda ,miała na pieńku” z Czarnymi Koszulami za trzy ostatnie mecze w ekstraklasie (trzy kolejne przegrane) oraz wyeliminowanie z ubiegłorocznej edycji Pucharu Ligi. I wolno powiedzieć, że w bezpardonowej walce wiślacy trochę sobie powetowali te wzmiankowane sportowe upokorzenia, stawiając przeciwników po prostu do kąta.
Można jednak być zaskoczonym. Po pierwsze rozmiarami wygranej gospodarzy. Po drugie tymi rozmiarami, ale biorąc pod uwagę przebieg pierwszej połowy spotkania. Czterdziestu pięciu minut, w których krakowianie zdawali się przejawiać chyba przesadny respekt przed przyjezdnymi. W tym okresie Polonia zdawała się być pewniejsza w swoich poczynaniach, odważniejsza. Obustronnie jednak, w pierwszej części gry, zespoły nie stworzyły interesującego widowiska. W tym kontekście przebieg II połowy, ze szczególnym uwzględnieniem postawy Wisły, na pewno wolno określić mianem niespodziewanego.
Utrata gola z rzutu karnego nie ,rozmiękczyła” jeszcze Polonii, która poderwała się do walki i gdyby nie intuicja Sarnata, to ,główka” Kaliszana pewnie wylądowałaby w siatce i… wszystko mogło się wtedy zdarzyć. W sporcie trzeba mieć jednak trochę szczęścia i ono było wczoraj przy Białej Gwieździe. Weźmy choćby okoliczności zdobycia kolejnych goli. Przy drugim Kosowskiemu wreszcie wyszedł strzał, na jaki czekał chyba od chwili przyjścia do Wisły. Przy trzecim Moskalewicz, będąc z piłką przy nodze, okazał się szybszy, niż warszawscy defensorzy, którzy mogli przecież biec swobodnie. Dzięki temu popularny ,Olo” mógł się cieszyć ze swojego jubileuszowego, pięćdziesiątego trafienia na boiskach ekstraklasy! I wreszcie przy czwartej bramce Frankowski zagrał prawie jak… Gerd Mueller podczas meczu RFN – Jugosławia w finałach MŚ’74. Gol uzyskany w pozycji parterowej gloryfikuje jego autora, ośmieszając jednocześnie defensora Wyciszkiewicza i bramkarza Szczęsnego.
Na koniec co cesarskie chcemy oddać Baszczyńskiemu, którymi długimi fragmentami gry opiekował się naszym nowym rodakiem, Olisadebe. Jeżeli ,Emsi” w niczym nie przypominał bohatera z murawy Stadionu Republikańskiego w Kijowie, jednoznacznie świadczy to o jakości pracy wiślackiego defensora. Jak mawiają kibice – Olisadebe nie zrobił wczoraj ,sztycha”! A przecież nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że jest napastnikiem niezłej klasy.
WISŁA: Sarnat – Głowacki, Moskal, Baszczyński – M. Zając (54. Pater), Kałużny, Czerwiec (64. Kulawik), Niciński, Kosowski – Frankowski (80. Żurawski).
POLONIA: Szczęsny – Żvirgżdauskas, Dziewicki (82. Scherfchen), Wyciszkiewicz – Gołaszewski (69. Bartczak), Kaliszan, Bąk, Wieszczycki, Kiełbowicz, Ekwueme (64. Bykowski) – Olisadebe.
Na zdj.: karny w wykonaniu Frankowskiego
Fot. Jacek KOZIOŁ
Autor artykułu: Wojciech BATKO